Drukuj

Listy św. Józefa

1
Poniższy list jest chronologicznie pierwszym z zachowanych listów Św. Józefa Freinademetza do krewnych i przyjaciół w rodzinnej Val Badia. Jego adresatem jest Franciszek (Francesco) Thaler, ojciec chrzestny, wielki przyjaciel i dobroczyńca Józefa, a równocześnie najbliższy sąsiad,  pochodzący z Sottrù, leżącego około 150 metrów od Oies. To właśnie Franciszek zaprowadził małego, dziesięcioletniego Giuseppe Freinademetz do seminarium niższego w Bressanone (Brixen). Było zwyczajem w tamtych czasach, że do seminarzysty zwracano się przez „pan” i właśnie w ten sposób Franciszek napisał do Józefa, który odpowiedział mu rysunkiem przedstawiającym ich spotkanie oraz odpowiednim komentarzem po ladyńsku. To jedyny list rozpoczęty przez Józefa w języku  ladyńskim, który nie był wówczas językiem pisanym.


Bressanone, 24 listopada 1972 roku
Zarazo Ty jedna!

Gdy zobaczysz te dwie osoby namalowane na kartce, być może, że zaczną Cię gryźć wielkie wyrzuty sumienia i wtedy przypomnisz sobie, jak wielki nietakt  popełniłeś względem mnie. A może nie pamiętasz już jak się zachowałeś i jakimi słowami zwróciłeś się do mnie w ostatnim liście? Obraziłeś mnie  zwracając się do mnie przez pan, pan, pan, pan… tak jakbym został biskupem albo papieżem, albo jakimś imperatorem, albo Bóg jeden wie kim jeszcze. To tak traktuje się przyjaciół?
Pragnąłbym być z Tobą choć na pół godziny, by Cię spoliczkować, tak jak obrazek powyżej to pokazuje, albo przynajmniej obrzucić Cię śniegiem. Jestem pewien, że w Badii jest śnieg. Słuchając w kółko pan, pan, pan czułem się niemal jak król. No, ale jeśli zrobisz żal za grzechy i przyrzekniesz uroczyście: „na szczyt Świętego Krzyża” , że nie upadniesz ponownie w ten sam błąd, wybaczę Ci.
No, a teraz chcę zmienić język, tak byś mógł go przeczytać. Pytasz mnie więc, czy miałem wiadomości o Twoim bracie . Mój drogi, ksiądz  Gassner, u którego on jest, jeszcze nie dotarł do Bressanone i przybędzie najpewniej na wiosnę. Tak więc obaj są jeszcze w Rzymie i Twój brat nie przybędzie szybko. To tyle co wiem. Co do mnie, to dzięki Bożej łasce jestem cały i zdrowy i bardzo mi się podoba w seminarium. Mamy co jeść, możemy się uczyć i co jeszcze trzeba?  Mówię, że mamy co jeść, bo w południe mamy zawsze trzy lub cztery potrawy  i każdego dnia pieczeń. By przygotować jedną pieczeń, bierze się jednego źrebaka. Nie wiem czy to prawda, ale ilekroć idziemy do stołu, wydaje się 50 fiorinów. Dotąd wino mieliśmy za 7 groszy, ale teraz będzie po 10, tak że trzeba będzie pić mniej. Również mój pokój bardzo mi się podoba, mimo że stale jest zimny, a lód i śnieg są na oknie. Obawiam się, że nawet woda święcona i woda do mycia wnet zamarzną. Ale to wszystko to nic.
Teraz już Cię żegnam. Pozdrów jak najserdeczniej moich drogich Rodziców oraz tych z Oies, z Sottrù, z Suvalgiarai i Marię  z Marianem , Twoją żonę i tak dalej. Również księży. Proszę Cię, abyś mi wysłał jutro lub choćby pojutrze długą odpowiedź. Serdeczne pozdrowienia od Twojego niegodnego przyjaciela,
Giuseppe Freinademetz.  Do zobaczenia!


2
Po otrzymaniu święceń kapłańskich – 25 lipca 1875 roku, Józef Freinademetz, jak to było wtedy w zwyczaju, pozostał na rok pastoralny w seminarium. Stamtąd więc pisze poniższy list skierowany, podobnie jak poprzedni,  do swego przyjaciela z Sottrù  - Franciszka (Francesco Thaler).


Seminarium , 9 stycznia 1876 roku
Najdroższy Przyjacielu!

Dziś, całkiem nieoczekiwanie, otrzymałem Twój list. Mówię – nieoczekiwanie – choć muszę wyznać, że otrzymałem i ten z 8 grudnia. Niemniej, jak dobrze wiesz, nie jestem przyzwyczajony do otrzymywania wielu listów z Badii: są taka rzadkością jak banknoty za tysiąc. Ale nie mogę czynić Ci wielu wyrzutów z tego powodu, bo z własnego doświadczenia wiem, że dzień w natłoku zajęć szybko upływa, a noc, bardziej niż na pisanie listów, nadaje się do spania. Tak więc wybaczmy sobie nawzajem, jak to już nie raz uczyniliśmy. Może już wkrótce nadejdzie czas, gdy nie będziemy musieli, z tego czy innego powodu, pisać do siebie. Tak, drogi Przyjacielu, kiedy myślę o tym wszystkim, co dla mnie uczyniłeś, nie mogę nic innego zrobić, jak tylko zadziwić się i cieszyć z powodu Twojej wielkoduszności i poświęceń, jakie poniosłeś dla mnie. W rzeczy samej jesteś tu na ziemi, zaraz po moich Rodzicach, moim największym dobroczyńcą. I bądź pewien, że nigdy tego nie zapomnę, zwłaszcza w czasie Mszy świętej, którą z Bożą łaską mogę codziennie sprawować. Często będę przedstawiał Twoje pragnienia i modlitwy Panu, który je wysłucha, nie ze względu na moje zasługi, ale na zasługi Jezusa Chrystusa, który powiedział: „cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, mnie żeście uczynili”. On zapisał w księdze życia wszystkie te wysiłki i kroki uczynione dla mnie w Lisung i od Neustift i te wszystkie napomnienia skierowane do mnie. Wszystko to przeczytasz pewnego dnia ku wielkiej radości w księdze życia tam w górze, w niebie. Póki co nie przestawaj wspominać mnie w Twoich modlitwach, tak bym był w stanie podołać obowiązkom mojego stanu, który jest przywilejem,  ale i zobowiązuje.
Jeśli o mnie idzie, to jestem zdrów, dzięki Bogu, co w bieżącym roku jest bardzo ważne. Wszystko idzie dobrze, ale nie bez znacznego wysiłku. Wydaje mi się, że jak dotąd nigdy nie odprawiałem Mszy niedzielnej czy świątecznej w Bressanone, ale zawsze gdzie indziej. Jak dotąd chodziłem aż do Vandoies, ale teraz już nie będzie takich potrzeb. Pojutrze muszę iść na pogrzeb do Naz.
Śniegu oczywiście nie ma. Wyobraź sobie, że w Święto Trzech Króli byłem w Eures i widziałem na pastwiskach owce! Nie zauważyłem jednak czy skubały lód czy skały. Nie jak u Was, „zamarzniętych w Badii”.
Tu w Bressanone nie możemy pojąć, jak to pozwalacie się germanizować . Gdyby szefowie gminni zmienili nieco postawę, nie byłoby tego wszystkiego. W ten sposób dzieci pozostaną bez wykształcenia, niedouczone.
Pozdrów moich w domu…
Twój przyjaciel Giuseppe Freinademetz
PS. Kiedy idziesz do Trens?

3
Pierwszy list św. Józefa pisany do swych najbliższych ze Steylu. Pokazuje on wyraźnie wielką miłość świętego do rodzinnych stron, do ladyńskiej ojczyzny, którą zostawił. Choć daleko od domu, od ojczyzny wierzy on, że w tej nowej wspólnocie misyjnej znajdzie swą nową ojczyznę.


Steyl 29 sierpnia 1878 roku
Najdrożsi Rodzice, Bracia i Siostry!

Wiem doskonale jak bardzo czekacie na ten list od Waszego syna i brata. Dlatego też śpieszę się, by dziś napisać do Was choć kilka zdań, obiecując za dwa, trzy tygodnie następną korespondencję.
Z jakże ciężkim sercem, które przecież jest i synowskim i braterskim, opuszczałem Was, moi Drodzy, udając się do odległego i nieznanego kraju. Ale gdy samotny dotarłem do Innsbrucka, opuszczony przez cały świat jak sierota, od razu zrozumiałem prawdziwość owych słów, powiedzianych mi przez przyjaciela: „Im bardziej jest się oddalonym i opuszczonym przez ludzi, tym bliżej się jest Boga”. Poczułem pewną pociechę i niemal radość w sercu, które mi powiedziało: „opuściłeś wszystko dla Boga to i Bóg cię nie opuści!” Otworzyłem tę małą książeczkę Tomasza a Kempisa, wybraną na jedynego towarzysza podróży i pierwsze zdanie, jakie rzuciło mi się w oczy, były to piękne słowa Bożego Zbawcy: „Przyjdźcie do mnie wszyscy, który jesteście przygnębieni, a ja was pocieszę”. Podróżowałem zatem dwa dni pod rząd, bez przeszkód i bez najmniejszego problemu ze znalezieniem drogi. Gdybym miał Wam opisać to, co widziałem, nie wiedziałbym od czego zacząć i na czym skończyć. Wszędzie odwiedzałem głównie kościoły, wśród których spotkałem i piękniejsze od naszego w Badii. Spory odcinek drogi, liczący osiemnaście godzin, przebyłem płynąc po rzece, o której Wam już pisałem.  Nie miałem wcześniej pojęcia o wygodzie i wspaniałościach podróży na statku o takiej wielkości.
Nigdy sobie nie zdawałem sprawy z odległości jaka dzieli od Oies do miejsca gdzie się obecnie znajduję a jest ona rzeczywiście bardzo wielka. Od Innsbrucka nie spotkałem już w podróży nikogo znajomego. Do celu dotarłem we wtorek wieczorem. Podróż kosztowała około 50 fiorinów, a za bagaż, który też już dotarł, zapłaciłem około 15 fiorinów. Wrażenia z tej podróży mógłbym zamknąć w słowach, które zwykła powtarzać Matka: „Dziękujcie, synowie i córki, że jesteście w Badii, kto nie jest powołany przez Boga, niech nie opuszcza pięknej Badii.”
Jeszcze parę słów o domu misyjnym, w którym się znajduję. To rzeczywiście dom Boży, gdzie oddycha się pobożnością i bojaźnią Bożą. Mówię z całą szczerością: z tej odrobiny, którą zdążyłem już zobaczyć przez dwa dni pobytu tutaj, nie sądzę, by było to przesadą, jeśli wyznam, że nie spotkałem czegoś podobnego ani w Cassianeo, ani w seminarium w Bressanone.
Zapał, zaangażowanie, prostota uczniów tego domu są dla mnie nowością. To że dzieci tak młode są już tak głęboko świadome, iż życie na ziemi to nie żart, myślę wypływa jedynie z tego, że wszyscy oni pragną stać się misjonarzami. Jestem więc niezmiernie zadowolony z faktu bycia tutaj i nie wiem, jak za to dziękować Bogu. Wiele mogę się nauczyć, przede wszystkim jak być dobrym chrześcijaninem. Zacząłem też się już uczyć języka Chińczyków. Jest tutaj siedmiu kapłanów, pięć sióstr zakonnych i około czterdziestu uczniów oraz różni rzemieślnicy. Mamy kaplicę z Najświętszym Sakramentem.
Na tym kończę. Proszę, byście modlili się, abym mógł dojść do stanu, do jakiego powołał mnie Bóg i tak mógł gorliwie pracować. Rozumie się samo przez się, że nigdy, na wieczność Was nie zapomnę. Pozostaję w Najświętszym Sercu Jezusa…
G.F.

4
Józef, będąc w Steyl stoi przed życiową decyzją, którą musi podjąć. Szuka przede wszystkim woli Bożej i pragnie jej realizacji. W liście pisanym do najbliższych snuje refleksje nad ludzką egzystencją, nad kruchością ludzkiego życia. Pisze też o swoim przyszłym towarzyszu misyjnej przygody.


Steyl, 29 października 1878 roku
Najdrożsi Rodzice, Bracia i Siostry!

Oto na nowo, poprzez ten krótki list, przychodzi Was odwiedzić Wasz syn i brat. Wiem, że bardzo pragniecie otrzymać jakieś wieści o moim samopoczuciu. Ale, jak Wam moi drodzy już powiedziałem przed moim wyjazdem, nie obawiajcie się o mnie i ufajcie mi albo lepiej ufajcie Panu Bogu. Nie obchodzi mnie czy jest dobrze czy źle, ale jedynie byleby wszędzie spełniała się wola Tego z góry i niczego innego nie boję się ani na ziemi, ani na morzu, ani całego piekła tak jak grzechu i proszę Pana, by przed nim i mnie, i Was ochronił. Moi drodzy, jakże bylibyśmy głupcami, gdybyśmy chcieli jedynie myśleć o tym, by dobrze nam było na tym świecie, podczas gdy ptak ucieka właśnie wtedy, gdy zrobiona została klatka! Z drugiej strony wieczność trwa tak długo. Módlmy się zawsze, módlmy się dużo, by wieczność była szczęśliwą, a tutaj niech idzie, jak chce.
A teraz, moi Drodzy, coś ważnego, jak sądzę: moja podróż do Chin już nie wydaje się tak odległa, gdyż mój towarzysz pragnie na wszelkie sposoby wyruszyć jeszcze przed nowym rokiem. Poznałem go dopiero parę dni temu, bo nie spotkaliśmy się w czasie podróży. Przybył parę dni wcześniej. Jest kapłanem pełnym zapału i odwagi. Wydaje mi się, że będę miał w nim wspaniałego kompana na całe życie. Jeśli rzeczywiście pragniecie, abym przybył do domu jeszcze zanim udam się do Chin, napiszcie mi, bo mógłbym wpaść jedynie na dwa czy trzy dni jadąc do Rzymu. Boję się jednak, że większym dla Was poświęceniem będzie, jeśli przyjadę. Zrobię tak, jak chcecie. Prawdopodobnie przybyłbym do Badii parę dni przed Nowym Rokiem, jeśli Bóg tak zechce. Jestem bardzo szczęśliwy, że znajduję się w tym domu i nigdy nie zdołam wystarczająco dziękować Bogu za tak wielką łaskę okazaną mnie, biednemu grzesznikowi. Nie oczekujcie, że zmienię moje postanowienie, o ile Pan tego nie zechce. Raczej każdego dnia módlcie się i dziękujcie Wy również choć jednym Ojcze Nasz czy Zdrowaś, jeśli Bóg daje nam łaskę posiadania misjonarza w naszej rodzinie. I powtarzam to, co już powiedziałem wcześniej: nie uważam tego za ofiarę składaną Bogu, ale za największą łaskę, jaką On mi czyni. I Wy również myślcie tak samo, w ten sposób wspólnie całą rodziną będziemy dziękować Panu przez całą wieczność, w niebie wraz z tą czwórką niewinnych , którzy już czekają na nas w górze.
Kończę polecając się gorąco Waszym modlitwom i pozdrawiając Was wszystkich.
Giuseppe


5
Poniższy, bardzo osobisty list, został napisany 18 lutego 1979 roku do bliskiego przyjaciela i rodaka – Franciszka (Francesco) Thalera z Sottrù. Święty Józef napisał go na 14 dni przed swoim wyjazdem na misje, kiedy już podjął ostateczną decyzję o wyjeździe do Chin, jak sądził i jak stało się rzeczywiście, na zawsze. Ukazuje on stan ducha misjonarza w tej jakże delikatnej chwili, gdy zbliża się dzień opuszczenia ojczyzny, przyjaciół, bliskich.


18 lutego 1879
Mój najdroższy przyjacielu!  

Gdybym chciał zapłacić Ci za wszystko to, za co jestem Twoim dłużnikiem, musiałbym pisać do Ciebie codziennie list a i to byłoby jeszcze za mało. Doskonale wiem i nigdy  nie zapomnę tego, kto jest zaraz po Bogu i po moich dobrych Rodzicach powodem tego, że jestem kapłanem i że – jak mam nadzieję – zostanę misjonarzem. Bądź pewien, drogi przyjacielu, że chociaż nie potrafię Cię wynagrodzić, jest Ktoś inny, kto nie pozostanie Ci dłużny w niczym. Jasne, że na ile będzie to i dla mnie możliwe, postaram się i ja to uczynić.
Drogi Przyjacielu, czasami bardzo ciężkie jest życie z dala od tych wszystkich, których tak bardzo kochało me serce, pozostawienie ojczyzny bogatej w przyjaciół i radości… by iść szukać innej (ojczyzny), gdzie trzeba zaczynać od nowa jak małe dziecko, że tak powiem, które zaczyna żyć, uczyć się nowych, dość trudnych języków, poznawać ludzi o jakże odmiennych interesach, zwyczajach… czy raczej biednych pogan, którzy nikogo tak bardzo nie nienawidzą jak misjonarza, mimo że on opuścił Rodziców, przyjaciół, ojczyznę z czystej miłości do nich właśnie. I nie nazywają go inaczej jak „diabeł z Europy”. Trudną rzeczą jest zaczynać takie życie, po tym jak byłem tak bardo szczęśliwy między Wami, Ladyńczykami. I szczerze Ci mówię, że nie uczyniłbym tego na wieki, za cały świat, za tysiące światów, ale (czynię to) dla dobrego Boga, który jest w górze i czuję się bardzo zadowolony i szczęśliwy, że mogę to czynić. I nawet jeślibym miał iść na spotkanie ze śmiercią , wiem, że Jego łaski mi nie zabraknie. Moim jedynym pragnieniem jest móc nawrócić wielu z tych biednych naszych braci i tylko dlatego pozostawiam mojego dobrego Ojca, moją dobrą Matkę, moich Braci i Siostry, moich krewnych i przyjaciół, wśród których Ty masz jedno z pierwszych miejsc, mojego drogiego San Martino . Drogi mój, módl się wraz w Twoją dobrą rodziną, bym mógł wiele pracować na Jego chwałę. Obecnie napełnia mnie troską myśl, że być może nie jest wolą Bożą nasz wyjazd do Chin już teraz. Może trzeba będzie czekać do jesieni. Byłbym bardzo szczęśliwy, gdybym mógł po drodze pojechać do Rzymu. Módlcie się i miejcie nadzieję (wraz ze mną), że jeśli nie uda mi się to teraz, to stanie się to (realne) później. Małemu Franciszkowi  przekaż, aby nie zapominał o swoim Aniele Stróżu, który jest stale po jego prawicy, obserwuje go i patrzy, co robi. Niech też pamięta o swoim tak bardzo odległym ojcu chrzestnym . W mojej Mszy świętej mam zawsze miejsce dla niego.
Jako prawdziwy przyjaciel pozdrawiam Ciebie, Twoją rodzinę, mego Ojca chrzestnego  z Sottrù, moich krewnych w Sottrù, itd.
Całym sercem Twój przyjaciel
 Giuseppe Freinademetz

Jeszcze w tym samym liście:

A teraz z innej beczki. Właśnie dotarł do nas list z Rzymu (z wiadomością), że możemy wyruszać do Chin. Sytuacja więc uległa kolejnej zmianie. Jak na razie wiem jedynie, że prawie na pewno znajdziemy się na statku 17 marca. Nie jest pewne z braku czasu, czy dotrzemy jeszcze do Rzymu czy też wypłyniemy z Wenecji, ale na wszelki wypadek przygotuj się na pielgrzymkę do Rzymu, bo nie mam większych wątpliwości, że i mnie uda się tam dostać. Nie wiem jeszcze którego dnia dotrę do Badii; prawdopodobnie (będę w domu) od 5 do 9 marca. Z Bogiem  i módl się wiele za mnie.


6
Poniższy list to ostatnie, krótkie pożegnanie z najbliższymi. Wspomina w nim o spotkaniu z Papieżem Leonem XIII i otrzymanym błogosławieństwie. Zachwyca się również tradycją Wiecznego Miasta. Jak w wielu innych listach tak i tutaj przebija wielka wdzięczność Józefa wobec Boga.


Rzym, 13 marca 1879 roku
Ojcze, Matko, Bracia, Siostry
Najdrożsi w Najświętszym Sercu Jezusa!

Oto pierwsze pozdrowienia od Waszego syna misjonarza, który dotarł szczęśliwie do Rzymu w ostatnia środę o ósmej rano. Z braku czasu piszę Wam tylko tyle: rozmawiałem z Papieżem i pobłogosławił mnie, moją rodzinę, moich krewnych i pewnych przyjaciół. Dał nam pozwolenie na odprawianie Mszy świętej na statku, czego tak bardzo pragnąłem. Modliłem się za Was u Świętego Piotra, gdzie celebrowałem Mszę świętą na ołtarzu świętych Piotra i Pawła; (byłem) u stóp ciała świętego Ludwika; przy schodach, przy których został skazany Jezus Chrystus; gdzie święty Bartłomiej był więziony, gdzie został uwięziony święty Piotr i w innych miejscach, których nie jestem w stanie wymienić. Nie wiem jak dziękować Bogu za tyle łask. Mój towarzysz, którego zdjęcie Wam posyłam też jest tutaj i dzisiaj o 10 wieczorem wyjeżdżamy do Ancony. Do Egiptu, skąd prawdopodobnie do Was napiszę, dopłyniemy 20-go. Pozdrowienia dla całej Badii…

Wasz syn misjonarz


15
Poniższy list, podobnie jak poprzednie pisane do swego bliskiego przyjaciela – Franciszka Thalera z Sottrù, jest listem bardzo osobistym. Zawiera wiele refleksji nad życiem Chińczyków, a także nad doniosłością powołania misyjnego. Józef podkreśla konieczność wzajemnej pomocy duchowej.


Tsak-kang, 23 lipca 1880
Najdroższy Tissere!

    Wiele czasu minęło już od dnia, gdy otrzymałem Twoje drogie słowa razem z tymi dopisanymi przez małego Francla . Wybacz mi, jak już wiele razy to uczyniłeś, że nie odpisałem Ci wcześniej. Nie mniej bądź pewien, że jesteś głęboko w moim sercu: wiem, że mnie rozumiesz. Jedna rzecz, którą sobie stale wyrzucam, gdy myślę o Tobie, to że nie zrobiłem więcej dla Twojej rodziny, gdy byłem w S. Martino czy przed moim wjazdem. Ale w gruncie rzeczy ten biedny świat, pełen biedy i ran wcale mnie nie obchodzi i wystarczy byśmy przygotowali sobie dobre miejsce tam daleko. W tej właśnie intencji w dzień św. Anny odprawię Msze św. za Ciebie, za Twoją rodzinę a szczególnie za Francla. Czasami i Wy pomódlcie się za mnie i za tych biednych pogan. Jeśli mam łaskę zrobienia czegoś dla Najświętszego Serca Jezusowego i dla zbawienia tych biednych ludzi, to nie pragnę niczego innego na świecie niż bycia misjonarzem w Chinach. Trudności w nawracaniu Chińczyków są bardzo wielkie. Przede wszystkim Chińczycy nie przywiązują wielkiej wagi do religii, zadowalają się tym, że mają co jeść. Po drugie – my misjonarze jesteśmy cudzoziemcami, a wszystko co nie jest chińskie nie ma dla nich żadnej wartości i jest gorsze od diabła. Dlatego nazywają nas zagranicznymi diabłami. Inną wielką trudność stanowi język. Jednak w gruncie rzeczy obowiązkiem misjonarza jest jedynie to, by świadczyć wobec pogan o Jezusie Chrystusie, siać dobre nasienie i oddać się potem z całym spokojem Panu, niezależnie czy nasiona zaowocowały czy też nie. Módlcie się za mnie Ty – drogi Przyjacielu i Francl, żebym tak robił całe me życie. Najświętsze Serce wezwało mnie, bym chodził po chińskiej ziemi, zanim dzięki Bożej łasce dotrę do nieba, tak jak Wy zdążacie tą samą drogą, która poprzez przeciwności  trudności i krzyże Badii prowadzi do nieba. Miejmy wiec nadzieję, że pewnego pięknego dnia podamy sobie ręce w niebie. Nie mam nic nowego do napisania Wam o mnie. Stale jestem – dzięki Bożej łasce – zdrowy i gruby. Parę dni temu byłem kulawy, jak dwa lata temu w S. Martino. Nie wiem, co mi się stało w nogę. Chiński lekarz próbował mnie leczyć z początku baranią nogą, którą gotował. Woda z tego miała mnie wyleczyć, ale było jeszcze gorzej, może z powodu braku zaufania do lekarza. W końcu, przy pomocy pewnych korzeni szybko wróciłem do zdrowia. Obecnie jest tutaj czas pierwszych żniw. Upał jest znośny, zwłaszcza gdy używa się chińskiego ubioru, w którym człowiek czuje się, jakby się nie miało nic na sobie. Stroje te są szerokie, wygodne, mogące okryć więcej jak jedną osobę. Jedyna rzecz, która wydaje mi się dziwna, to chodzenie stale bez nakrycia głowy, jak złodziej. Co osiem lub piętnaście dni trzeba golić sobie głowę, tak jak u Was brodę a także pleść warkocz, który nazywamy ogonem. Ach, mój drogi Tissere, gdybym mógł odwiedzić Cię z tą moją głową jak Chińczyk… Ale byś się śmiał! Oto jak trzeba pozwolić, by się z nami obchodzono, jeśli chcemy łatwiej ich zdobyć dla Najświętszego Serca.
    Z Bogiem! Serdeczne pozdrowienia dla Ciebie, Elżbiety , Francla i innych. Czekam na odpowiedź. Polecam Was Najświętszemu Sercu Jezusa.
Wasz oddany przyjaciel

Dołączony do tego listu był tekst-wierszyk po ladyńsku, który można tak przetłumaczyć:
    
Tessitore, przybądź do mnie
z koszem chleba,
jak w tamtych czasach.
Ale nie zjedz go
 po drodze.
Tak, bym nie był głodny


16
List pisany do Franciszka Thalera z Sottrù, zaraz po otrzymaniu wiadomości o nagłej śmierci jego żony Elizabeth ukazuje wielkie serce misjonarza współcierpiącego, a jednocześnie starającego się pocieszać wiernego przyjaciela.


Hong Kong, 26 października 1880 roku
Niech żyją Jezus i Maryja!
Mój najdroższy przyjacielu i compare

    Nie jestem w stanie napisać Ci, jak bardzo zasmucił moje serce Twój ostatni list. Otrzymałem go wczoraj w nocy, 26 października. Po przeczytaniu go, ukląkłem, aby się modlić, lecz nie byłem w stanie, zanim nie uspokoiłem nieco mego serca płacząc. Kiedy jest się daleko od swoich, jak ja, takie wiadomości przeszywają serce. Od razu dziś odprawiłem Mszę świętą za Twoją zmarłą żonę i odmówiłem za nią modlitwy za zmarłych.  Bardzo mnie boli to, że nie otrzymałem Twojego pierwszego listu. Mógłbym już wcześniej modlić się za nią. Tak samo nie otrzymałem jak dotąd żadnego listu od Księdza Proboszcza, a takowy sprawiłby mi wielką radość. Mam nadzieję, że on otrzymał mój, może w okolicy odpustu w Badii, z umieszczonym wewnątrz drugim listem do moich dobrych Rodziców.
    Mogę sobie wyobrazić jakim ciosem była dla Twego serca i dla Twojej młodej rodziny śmierć Twojej dobrej małżonki. Tym bardziej że przyszła tak niespodziewanie. Wszak Elżbieta  była taka młoda… Okoliczności jej śmierci, tak jak mi je opisałeś, złamały mi serce. Zresztą, drogi Przyjacielu, piszę Ci szczerze, że Twój list przysporzył mi pociechy i to z dwóch powodów. Po pierwsze  dlatego, że Elżbieta umarła na łonie Kościoła katolickiego, po otrzymaniu Sakramentów świętych i w obecności szafarza kościoła. Ach, drogi Przyjacielu, jakże odmienną rzeczą jest umrzeć, w takich okolicznościach i umrzeć jak się umiera w tych krajach. Chciałbym płakać i rzeczywiście czasami płaczę, gdy idę do jakiegoś zmarłego... (?…) …krewni płaczą i krzyczą, jak szaleni i wyrzucają swoim bożkom, że pozwoliły umrzeć tamtej osobie, a potem, czyniąc najprzeróżniejsze  zabobony, diabłu i zmarłemu zanoszą ją do jakiegoś lasku czy urwiska , by ją zakopać jak zdechłego konia. Och, gdyby ludzie z Badii wiedzieli, co oznacza umrzeć jak poganin i umrzeć jak chrześcijanin… Drugi powód, dla którego Twój list mnie pocieszył, to sposób – jakże spokojny i pełen ufności – z jakim niesiesz ten Twój krzyż otrzymany od Pana. Bądź pewien, że Pan zna każde westchnienie Twego serca i skrupulatnie notuje każdą łzę, jaką wylewamy z cierpliwością i oddaniem się Bogu. Pamiętaj także, że czyściec na tym świecie, mimo że jest dość ciężki, to jednak jest dużo lżejszy od tego po śmierci. Ten zaś, który stworzył niebo i ziemię i tylu ludzi na świecie, potrafi dostrzec i widzi Tissere da Sottrù wraz z jego rodziną, tak jak może widzieć mnie wśród biednych pogan. Wiem tylko jedno: gdyby święci w niebie mogli nam czegoś zazdrościć, to niczego innego (by nam nie zazdrościli) jak tylko tego, że my możemy cierpieć dla Pana a oni nie.
Drogi Przyjacielu! Masz ciężki krzyż do niesienia. Jeśli czasami będzie Ci zbyt ciężko, idź i powiedz to Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Maryi Najświętszej, a podniesiesz się z nowymi siłami. Małemu Franciszkowi  szczególnie polecam, gdy pierwszy raz pójdzie do kościoła, by powiedział Matce Bożej, że on teraz już nie ma Matki ziemskiej i chce, by Ona była teraz jego Matką, by aż do śmierci strzegła go od grzechu śmiertelnego i prowadziła go do spotkania z jego Matką w niebie. Franciszku, proś często Maryję Pannę o tę łaskę. Bądźcie pewni, że postaram się pomóc Elżbiecie swoimi modlitwami. Jeden po drugim, wszyscy zejdziemy z tego świata aż spotkamy się wszyscy razem tam w górze. Módlmy się za siebie nawzajem. Odwagi Przyjacielu! Wędrujemy po dolinie płaczu i jeszcze nie jesteśmy w niebie, ale przyjdzie dzień, w którym Bóg osobiście osuszy nasze łzy i spotkamy się na nowo w górze w Świętym Sercu, Badioci i Chińczycy, dzięki łasce Pana.
O mnie się nie martwcie. Nie boję się Chińczyków. Czym więcej jest zamieszania, tym bardziej jestem zadowolony, bo czynię jedynie Bożą wolę, mając nadzieję zbawienia choć niektórych spośród tych braci pozbawionych łaski. Módlcie się zawsze w tej intencji za nas Chińczyków i za wszystkich pogan świata. Jak dotąd Pan mnie obdarza zdrowiem nawet lepszym od tego, jakie miałem w Europie, mimo że letnie upały są wielkie. Teraz, aż do końca października nie używa się w nocy żadnych koców, jedynie prześcieradło. Widzisz z tego, że jeszcze jest ciepło. A z resztą, w chińskim ubraniu łatwo i szybko odczuwa się chłód.
Na dzisiaj zakończę tutaj. Już minęła dziesiąta w nocy. Polecam Was wszystkich Najświętszemu Sercu Jezusa i Jego Najświętszej Matce. W imieniu czterystu tysięcy Chińczyków, którzy są w szponach diabelskich, proszę Was wszystkich o modlitwę do Najświętszego Serca, by raczyło otworzyć bogactwa Swego miłosierdzia i poprowadziło ten lud do swojej owczarni. Serdeczne pozdrowienia  dla Oies, Sottrù, Jakob Canazei, Ligi Costisella, a zwłaszcza dla księdza proboszcza i księży wikarych.
W Najświętszym Sercu Jezusa – Twój przyjaciel i compare
Fu-schen-fu


17
Jak w innych swoich listach tak i w poniższym Józef w sposób jakże prosty mówi o swej wierze:„Bóg jest tak samo tutaj, jak jest u Was i niczego innego nie potrzebuję. Tak, moi drodzy, dziękujmy często Panu za to, że powołał jednego członka Waszej rodziny, by był misjonarzem w Chinach, co jest zaszczytem, którego nie zamieniłbym nawet za złotą koronę imperatora Austrii.”


Hongkong, 29 października 1880 roku
Najdrożsi Rodzice! Bracia i Siostry!

    Nie bierzcie mi za złe, jeśli czasami każę Wam nieco czekać na list. Mam stale do odpisania wielu osobom, co zabiera mi wiele czasu. Przy tak obfitej korespondencji wydatki też nie są małe, a przecież winniśmy się starać, by każdy grosz szedł na misję.
Wczoraj otrzymałem list z Sottrù. Bardzo się ucieszyłem, że Seppl otrzymał bierzmowanie i proszę Tone, aby za mnie był dla niego ojcem , nie jedynie pro forma , ale całą duszą i czasami dobrym słowem. Od księdza proboszcza nigdy nie otrzymałem żadnego listu, co mnie dziwi, bo jak dotąd żaden list się nie zgubił. Jedynie do pana Antonio d’Lena napisałem już bardzo dawno temu i nie otrzymałem nic. Wydaje mi się, że Wy również nie otrzymaliście mojego listu pisanego do Was pod koniec maja. Mój towarzysz jeszcze nie wrócił i już najprawdopodobniej nie wróci, jako że wydaje się, iż Pan wysłuchał naszej modlitwą, jaką zanosiliśmy do Niego od pierwszego dnia naszego pobytu tutaj aż do dnia dzisiejszego. Prawdopodobnie to ja pójdę, za jakieś dwa miesiące, by połączyć się z nim. To jeszcze nie jest całkiem pewne, nie mniej jeśli pójdę, napiszę do Was zanim wyruszę.
Drogi Ojcze i droga Matko! Odczuwam coraz większą radość z chodzenia do tych biednych, pozbawionych łask pogan. Ważne to, bym mógł coś zrobić dla Najświętszego Serca Pana Jezusa i dla dusz. Nie wyobrażajcie sobie, że czegoś się boję. Bóg jest tak samo tutaj jak jest u Was i niczego innego nie potrzebuję. Tak, moi Drodzy, dziękujmy często Panu za to, że powołał jednego członka Waszej rodziny, by był misjonarzem w Chinach, co jest zaszczytem, którego nie zamieniłbym nawet za złotą koronę imperatora Austrii. Dzięki temu, że Pan powołał mnie do pracy tutaj i u Was robione są składki i ofiary, które w innym przypadku nie miałyby miejsca. Na przykład: napisałem do tego tam Bier z Bruneck , by mi posłał krzyże dla tutejszych chrześcijan i teraz on mi pisze, że we wszystkich miejscach ludzie chcą uczestniczyć w zbiórce krzyży i pieniędzy, tak że on już zamówił Krzyże do Chin aż w Gherdena . Tak więc mieszkańcy Val Gardena robią krzyże dla tych biednych Chińczyków żyjących tutaj! Czyż to nie jest wspaniałe?! Piszę to Wam, byście i Wy cieszyli się z ofiary jaką zrobiliście  i dlatego, że modlicie się dużo za misje. List ten wysyłam Wam poprzez tego przyjaciela z Bruneck, który teraz jest we Wiedniu.
Dzięki Bogu cieszę się wspaniałym zdrowiem. Odnośnie jedzenia – to już się przyzwyczaiłem do kuchni chińskiej i wszystko mi pasuje. I nawet jedzenie dwa razy dziennie, jak to jest tutaj w zwyczaju, lepiej mi służy. Z wielkim bólem przyjąłem wiadomość o śmierci żony Tiscere’a i ciotki Katarzyny (Catarina). Śmierć już od dawna krąży i krąży wokół naszego domu, tak że obawiam się, iż z czasem wejdzie i do środka. Proszę Was, byście stale byli wszyscy gotowi, modląc się nawzajem jedni za drugich, byśmy byli wszyscy razem w niebie i by nie zabrakło tam nikogo z nas jedenastu. Serdeczne pozdrowienia…
G.F.

25
Z powodu natłoku zajęć Józef nie miał zbyt wiele czasu na pisanie. W poniższym liście stara się przedstawić swoim bliskim życie codzienne misjonarza w Chinach wraz z tym, co ono przynosi: radości i zmartwienia, sukcesy i krzyże. Podkreśla swoją miłość do Chin, które już „nie są brzydsze do pięknej Badii”.  Czyni jednocześnie swoich najbliższych niejako współodpowiedzialnymi za „misyjne sukcesy”: „Ojcze, Matko… czyż przypuszczacie, iż nie macie w tym i Wy wielkich zasług, teraz na ziemi i później w niebie, w związku z tymi dwustu nowymi chrześcijanami?”

Chiny, 28 lipca 1885 roku
V.G. e M.
Najdrożsi Rodzicie!

 Nie potrafię powiedzieć, kiedy ostatni raz pisałem do Was. Straszne!  Z natłoku pracy niemal zapominam o Badii. Nie mniej, bądźcie pewni, moi Drodzy, tam w domu, że w czasie żadnej Mszy świętej nie zapominam o Was. Poza Mszą świętą, muszę wyznać, nie mam zbyt wiele czasu, by myśleć o innych rzeczach, by pozwolić sobie na to, by ogarnęły mnie tęsknoty  za piękną Badią. Uwierzycie mi, jeśli Wam powiem, że Chiny nie są brzydsze do pięknej Badii? Nie biorę pod uwagę oczywiście faktu, że tu jest tylu biednych pogan . Lecz oczekujemy, że dzięki wielkiemu miłosierdziu Bożemu i to z czasem się zmieni. Ach, pytam Was: czyż miłosierdzie Boga nie jest nieskończone? Mówię Wam, że w tym roku, od świętego Józefa aż dotąd, osobiście ochrzciłem około dwustu osób ! Ojcze i Matko, czy jeszcze będzie Wam żal, że wysłaliście mnie do Chin? Czyż przypuszczacie, iż nie macie w tym i Wy wielkich zasług, teraz na ziemi i później w niebie, w związku z tymi dwustu nowymi chrześcijanami? A tych dwustu wzrośnie i pomnoży się tak, że z Bożą łaską będziemy z czasem mieć i dwa tysiące. Czyż nie jest najpiękniejszą rzeczą na świecie uwolnić od piekła tak wielu naszych braci? Wiem bardzo dobrze, że nie mam w tym żadnych zasług, ale to Pan raczy używać tego biedaka jako swoje narzędzie dla zbawienia kogoś jeszcze.
Proszę Was, moi Drodzy, módlcie się bardzo za mnie, abym głosząc innym, sam się nie zagubił. Nie uwierzycie jak bardzo potrzebuję Waszej modlitwy… Wśród tych pogan jesteśmy w wielkim niebezpieczeństwie: nie tyle gdy idzie o życie, bo o nie nie dbamy, ile o naszą duszę. Poza tym mamy tu naprawdę piękną misję. W wielu wioskach budujemy kaplice; wielkie sumy pieniężne przechodzą przez nasze ręce, ale są one niewystarczające. Tam, w Europie są naprawdę wspaniałe dusze, które podejmują wyrzeczenie większe od tego, jakie są w stanie ponieść. Jak dotąd Pan zawsze przysyłał nam wszystko, co potrzebne, mimo że w ubiegłym roku wydaliśmy piękną sumę: gdzieś około dwudziestu tysięcy fiorinów! Ale jedna tylko dusza warta jest o wiele więcej, bo warta jest tyle ile jest warta Najcenniejsza Krew Jezusa. Jeśli chcesz być doskonały – powiedział Jezus do pewnego młodzieńca w Ewangelii – sprzedaj wszystko to, co masz i daj to biednym. Któż jest biedniejszy od tych najbiedniejszych pogan? Którzy nie znają swego Stwórcy i nie mają żadnej nadziei na życie wieczne? Pomagajmy więc im, wszystkimi siłami, a nic nie stracimy.
Zresztą wiele z naszych wiosek pełnych jest złodziei i zabójców. Około miesiąca temu napadnięto na będącego w podróży, nowego ochrzczonego, któremu ukradziono prawie dwieście fiorinów, znaczną tutaj w Chinach sumę. Napadają w biały dzień. W innym miejscu, gdzie jest wielu nowo ochrzczonych, podłożono ogień. Gdzie indziej już pracowano, kiedy zjawił się pewien pogański złoczyńca, który jedynie po to by nam przeszkodzić, powiedział, że miejsce gdzie pracujemy  jest jego. On sam stwierdził: „jeśli nie pracujecie, miejsce jest wasze, lecz jeśli pracujecie, jest moje”. W innym miejscu – jesteśmy tam od ubiegłego roku – budowaliśmy kaplicę, gdy pewnego dnia miejscowy mandaryn nasłał swych żołnierzy, którzy zabrali siłą wszystkim chrześcijanom tyle, że można by ich wtrącić do więzienia.  Okradziono nawet pogan, którzy pracowali dla Kościoła i połamano im na drobne części dziewięć taczek, którymi wozili materiał na kościół. Tak więc na każdym kroku broni się diabeł, ale jest pewne, że w końcu Pan go pokona. Francuzi, którzy prowadzili wojnę z Chinami w tym roku dążą do pokoju. Przykro nam, że Francuzi nie bili się zbyt dobrze, bo w ten sposób nasza religia straciła nieco. Chińczycy uważają nas wszystkich za Francuzów i dlatego za mało się nas teraz boją. Lecz naszą nadzieję pokładamy nie we Francuzach, ale w Panu, który nie pozbawi nas pomocy, tak jak to dotąd zawsze czynił.
Wszyscy tutaj czujemy się dobrze i jesteśmy zdrowi. Bądźmy stale zjednoczeni w Najświętszym Sercu Jezusa. Proszę moich Braci i Siostry, by zachowali się czyści od grzechu, by dawali zawsze dobry przykład i nie zapomnieli o swoich duszach, które są tysiące razy cenniejsze od ciała. Wiele pozdrowień.
Giuseppe

26
Prześladowanie Kościoła staje się coraz bardziej otwarte i dramatyczne, niemniej Józef czuje się mocny dzięki modlitwom tak wielu chrześcijan z Europy. Wzrasta w nim jednocześnie wielka miłość do Chińczyków, tak że pisze: „Mówię Wam prawdę: Kocham Chiny i Chińczyków i po tysiąckroć chciałbym umrzeć za nich.”


Puoli, 22 Marca 1886 roku
Najdrożsi Rodzice!

Już nie pamiętam nawet, kiedy po raz ostatni pisałem do Was. Wielokrotnie chciałem to uczynić, ale z braku czasu zawsze odkładałem to na potem. Otrzymałem Wasz list, z dwoma listami wewnątrz i jako że aż po dzień dzisiejszy nie mogę zapomnieć Badii, a tym bardziej moich Rodziców, radość moja była wielka. W tym roku mieliśmy dość zmartwień i krzyży. Jak już Wam pisałem Francuzi prowadzili wojnę z Chińczykami i wojna ta była prawdziwym biczem dla biednych misji. Chińczycy uważają wszystkich misjonarzy za Francuzów więc możecie sobie wyobrazić złość, jaką mają do nas i do biednych chrześcijan, o których sądzą, że trzymają stronę Francuzów. Wyobraźcie sobie, że w sąsiednim królestwie, w Coscinchina zabito dwudziestu misjonarzy i nie mniej niż trzy tysiące chrześcijan. Oczywiście zniszczono wszystkie kościoły, kaplice, sierocińce. Nie można nawet opowiedzieć jak bardzo cierpieli ci biedni misjonarze i chrześcijanie. Nad nami, dzięki Bożej łasce, burza ta nie jest tak silna. Spalono nam dom, który służył za kaplicę. W innym miejscu, w jednej wiosce, gdzie mamy około stu wspaniałych nowych chrześcijan i gdzie przygotowani byliśmy do rozpoczęcia budowy kaplicy dla nich, gdy gromadzili już drewno, mandaryn – czyli miejscowy wódz wysłał żandarmów, by wyłapali chrześcijan i wysłali ich do miasta. Wielu zdołało uciec. Złapano sześciu i sześciu pogan, którzy pracowali dla nich. Dwóch przywódców otrzymało od mandaryna 800 razów, a pozostali po 600, nie mając innej winy jak tę, że stali się chrześcijanami. Dzięki łasce Bożej wszyscy wytrwali i nie odstąpili od wiary. W innym miejscu, gdzie jest około stu nowych chrześcijan, biedacy cierpią strasznie. Od dwóch już lat poganie nie dają im żyć, przeklinają ich, biją, okradają, podpalają, niesłusznie oskarżają i co tylko możecie sobie wyobrazić, czynią tym biednym chrześcijanom. Całą noc muszą czuwać, aby im nie spalono domów. Jeden z nich został zamknięty w domu przez swego brata, który nie chce zostać chrześcijaninem i potem zamurował mu drzwi, tak że pozostał dwa czy trzy dni bez jedzenia . Biedacy, przychodzą zawsze szukać pomocy u nas – misjonarzy, a my nie możemy nic zrobić. Mamy, że tak powiem, związane ręce. Mimo tego aż do dnia dzisiejszego wszyscy ci chrześcijanie trwają wiernie w świętej wierze, gotowi za nią umrzeć. To właśnie tego rodzaju pocieszenia utrzymują jeszcze „na nogach” nas, biednych misjonarzy. Złość pogan na nas misjonarzy była straszna. Wszędzie na murach zostały przymocowane figurki jakby diabła, a komentarz, który im towarzyszył, mówił tak: „ta bestia, wysoka n 30 stóp, wyszła z morza i pożera tylko Francuzów; nie pożera Chińczyków z wyjątkiem tych, którzy przyjęli chrześcijaństwo. Te obrazy krążyły wszędzie i Chińczycy w swojej naiwności wierzyli im, tak że przychodzili do mnie chrześcijanie, pytając się, czy to jest prawdą, czy nie. Nie byłoby końca tym wszystkim opowiadaniom. Jeszcze wyobraźcie sobie, że ostatnio rozeszła się wieść, że my – misjonarze skupujemy pchły i wysyłamy do Europy: pchła męska za trzy sapechy  i żeńska za siedem. W ten sposób Chińczycy rzeczywiście staliby się bogaci, bo niczego nie mają więcej od pcheł. Ja sam często na nie poluję.
Dziękuję Bogu, że teraz wojna już skończona i powrócił pokój. Odtąd możemy pracować z większą swobodą i owocniej. Co do owoców jakie zbieramy, to nigdy nie będziemy w stanie wystarczająco dziękować Panu. Pan cudownie pomaga nam, którzy jesteśmy wszyscy młodzi i bez doświadczenia, a to dzięki wielu ludziom w Europie, którzy modlą się za nami. Jaka byłaby to radość, gdybyście mogli tu przybyć i zobaczyć. Mówię Wam prawdę: Kocham Chiny i Chińczyków i po tysiąckroć chciałbym umrzeć za nich. Możliwe, że mój przełożony ze Steylu mnie wezwie do pracy tam w domu , jak mi już napisał. Odpisałem, że będę posłuszny aż do śmierci, ale że największym poświęceniem, o jakie mógłby mnie prosić, byłby powrót do Europy. Niech się dzieje wola Boga, a nie moja. Teraz gdy już nie mam większych trudności z językiem, gdy znam ludzi i wiele chińskich zwyczajów uznaję Chiny za moją nową ojczyznę, za pole walki, na którym pragnę umrzeć. Was, z Bożą pomocą zobaczę w niebie. Gdybym teraz przybył do Badii, byłbym już prawie cudzoziemcem. Jestem już w Chinach siedem lat, a chciałbym zostać i siedemdziesiąt, jeśliby się to Bogu podobało. Chrześcijanie tutaj kochają misjonarza jak ludzie w Europie a nawet więcej. Cóż nas obchodzi to, że krzyże mnożą się tak bardzo. Wiecie, że mój towarzysz został Biskupem i może za miesiąc wróci do nas wraz z czterema czy pięcioma nowymi misjonarzami. Liczba  stale rośnie. Serdeczne pozdrowienia dla wszystkich.

Wasz G. F.


55
Poniższy list skierowany jest do Parafii San Martino (pod wezwaniem świętego Marcina), w której Józef pracował przez dwa lata jako wikary zaraz po święceniach. Misjonarz dziękuje w nim całej wspólnocie za otrzymaną pomoc, tak tę materialną jak i tę duchową. Przy tej okazji nasz święty wspomina czas swego pobytu i pracy w parafii, który uważa za wielki prezent od Pana Boga i dowód miłości do niego.


Pekin, 4 grudnia 1897 roku

Najdrożsi Przyjaciele!

Wzruszyłem się do głębi serca czytając listy Waszego Czcigodnego księdza Piovano oraz Waszego dobrego wikarego i widząc, że te piękne dusze z San Martino jeszcze o mnie nie zapomniały. Wręcz przeciwnie, raczyły uradować mnie jakże bogatą ofiarą na rzecz moich biednych Chińczyków. Naprawdę wśród niemałych kłopotów, jakie niesie życie misjonarza, wiadomość ta przysporzyła mi wiele pociechy. To już jest dwadzieścia lat, jak opuściłem Wasze najdroższe San Martino, ale mimo że przeszedłem tak wiele świata, spotkałem tak wiele rzeczy i zajęty byłem tak wieloma sprawami, nigdy – ale to nigdy – nie zapomniałem o Waszym pięknym San Martino, gdzie miałem szczęście żyć przez dwa lata ani o tych pięknych duszach, które stały się tak drogie memu sercu. Bardzo dobrze pamiętałem o swojej obietnicy złożonej podczas mego ostatniego kazania, że będę codziennie, w czasie Mszy świętej modlił się za Was, a zwłaszcza za tych, którzy uczynią mi tę łaskę, iż będą się modlić za mnie. I obietnicy tej dochowam wiernie, aż do końca moich dni. Ksiądz wikary pisze mi, iż wielu z Was nadal stale modli się za mnie. Jest to dla mnie bardzo wielką pociechą i nie umiejąc inaczej się odwzajemnić i ja modlę się wiele za te dobre dusze. Chciałbym móc napisać osobiście do każdego z Was, dziękując za tak wielką Waszą dobroć, ale niej jest to możliwe i wiem, że będziecie tak dobrzy i mi to wybaczycie. Będę bardzo prosił Najświętsze Serce Jezusa, by Wam wynagrodziło bogatymi łaskami tutaj, a potem tam w niebie. Wiem, że nie jesteście bogaci i nie mam pojęcia, jak udało Wam się zebrać tak wielką sumę pieniędzy. Jest ona pięknym wyrazem wiary, która płonie w Waszych sercach. Cieszę się z tego i gratuluję Wam. To, co czynicie dla nawrócenia biednych pogan, jest właśnie tym, czego najbardziej przagnie Najświętsze Serce Jezusa, a On będzie wiedział, jak odpłacić się Wam bogactwami, które cenniejsze są niż cały świat.
Ach, moi Kochani, o których nigdy nie zapomnę! Cóż za radość byłaby dla mnie, gdybym mógł zobaczyć na nowo, choć raz San Martino. Gdybym mógł jeszcze raz zobaczyć twarze tych młodzieńców i dziewczyn, którzy chodzili ze mną do szkoły, których tak bardzo kochałem i z którymi jedynie w wielkim płaczu mogłem się rozstać. Jak bardzo lubiłem w tamtych pięknych czasach opowiadać im w szkole o skrajnym ubóstwie biednych pogan. I pamiętam dobrze, jak ci wspaniali uczniowie zrobili dwie zbiórki na rzecz misji, co tak bardzo mnie ucieszyło. Jak czas ucieka!  Tamci moi uczniowie są teraz wszyscy dorośli. Być może jeden czy drugi już umarł, a ja żyję oddalony o tysiące godzin, za morzami, próbując zbawiać tych biednych pogan, żyjących bez łaski, których diabeł tysiącami wciąga do piekła. Moje serce niemal pęka z bólu, gdy myślę o ich pożałowania godnej sytuacji!
Moi Kochani, muszę już kończyć, mimo że miałbym ochotę mówić do Was jeszcze długo. Dziękuję Wam po tysiąckroć za Wasze modlitwy i ofiary. Może kiedyś Was odwiedzę! Jeśli nie, zobaczymy się ponownie w niebie. Módlcie się za mnie i nie zapominajcie o tym, który 20 lat temu miał szczęście być Waszym wikarym. Serdeczne pozdrowienia

Giuseppe Freinademetz

56
To bardzo osobisty list, skierowany do przyjaciela i dobroczyńcy Franciszka Thalera oraz jego rodziny, w którym święty stara się pocieszyć bliskich swemu sercu, cierpiących z powodu przewlekłej choroby Franciszka. Pisze również o swoich problemach, których jest niemało, podkreślając przy tym, że są one potrzebne, by misja mogła przynieść owoce.


Chiny, 16 marca 1899 roku

Moi Kochani!

Oto, nieco w pośpiechu, choć krótka odpowiedź na Wasz, drogi memu sercu list z 22 grudnia 1898 roku. Z jednej strony był on dla mnie wielką pociechą, bo widzę w nim Waszą miłość do mnie, na którą tak mało sobie zasłużyłem. Z drugiej zaś mnie zasmucił, bo słyszę jak krzyż długiej choroby dalej ciąży na barkach mego drogiego Przyjaciela, Waszego dobrego Ojca. Pociesza mnie zawsze Wasze zaufanie, naprawdę chrześcijańskie, które przygotuje Wam jakże bogatą koronę chwały niebieskiej tam w górze. Cierpienia świętych zawsze były uważane za rzecz najpiękniejszą, najcenniejszą na świecie. A Wy macie dość dużą dozę cierpień, co jest znakiem, że Bóg bardzo Was kocha i to wystarczy.
Co do mnie, to od ponad roku wymiotuję krwią, nie mniej od dwóch miesięcy choroba osłabła, tak że wydaje się, iż tym razem Pan mi wybaczy i mnie zostawi przy życiu, bym mógł zadośćuczynić  za swoje grzechy. Niech się spełnia Jego święta wola. Módlcie się jednak za mnie, bym przygotował się lepiej na śmierć, bo jak na razie uczyniłem mało…
Pan i w tym roku zechciał hojnie pobłogosławić naszą misję: będziemy mieli w tym roku około czterech tysięcy chrztów pogan. Cóż za wspaniałe żniwo! A przecież jedna dusza warta jest więcej niż cały świat. W bieżącym roku jeden z naszych misjonarzy został barbarzyńsko zamordowany  przez pogan. Całe ciało było pełne ran, broda wyrwana, ubranie zdarte z niego. Przeszedł różnego rodzaju okropne tortury, aż po dwóch dniach uwolnił go miejscowy mandaryn. W tym roku wzniecono okropne prześladowanie naszych biednych chrześcijan: niemało zostało zabitych, niektórym wyłupano oczy, innych upieczono a bardzo wielu zostało ograbionych ze wszystkiego ; zniszczono wszystkie ich domy, zrabowano ich bydło i nie pozostawiono im nawet ziarenka, by uratować ich od śmierci głodowej. Do dziś nie mogą wrócić do domów i nie wiadomo, jak to wszystko się skończy. Niemniej dobrzy chrześcijanie są wierni i by nie opuścić naszej świętej religii, gotowi są na utratę wszystkiego, nawet własnego życia. Módlcie się choć trochę i za tych biednych prześladowanych, którzy zostali porozrzucani na cztery strony świata. Pan chce wypróbować swoje sługi w ogniu i mieczem , bo jedynie gwałtownik  będzie miał udział w królestwie niebios.
Kończę na teraz. Módlcie się za nas! Nigdy o Was nie zapominam. Pozdrowienia dla Was wszystkich, a także specjalne dla moich Braci i Sióstr. Pozostaję w Najświętszym Sercu Jezusa Waszym oddanym przyjacielem i chrzestnym

G. Freinademetz


57
Z upływem czasu coraz mniej listów od najbliższych dociera do świętego Józefa Freinademetza. Z jednej strony fakt ten jest powodem smutku i pretensji, z drugiej jednak staje się okazją do przypomnienia krewnym o ich wspólnym przeznaczeniu do życia w chwale nieba. Tak jak w wielu innych listach i w poniższym opisuje też niektóre z trudności towarzyszących życiu i pracy misjonarza w Chinach.


Chiny, 12 września 1899 roku
Niech żyją Jezus i Maryja!
Najdrożsi moi Bracia, Siostry i wszyscy razem!

Już od tak dawna nie mam nawet jednego słówka od żadnego z Was. Już całkowicie zapomnieliście o Waszym bracie, znajdującym się za morzami, co w ogóle mi się nie podoba. Mam jednak nadzieję, że pozostaniemy razem i będziemy się kochać jak dobre i prawdziwe rodzeństwo również w niebie, przez całą wieczność i wspólnie z niezapomnianymi, naszymi dobrymi Rodzicami. Jedyne zadanie, jakie mamy do wykonania w tym biednym życiu, to wędrować drogą prowadzącą do wiecznej chwały. Cała reszta to marność, która nic nie jest warta.
Drodzy Bracia i Siostry! Módlmy się dużo, bardzo dużo, tak by nikogo z nas nie zabrakło tam w górze, na wiecznych zaślubinach w niebie. To straszne nawet pomyśleć tylko, że jednego z nas mogłoby zabraknąć! Potrzeba solidnych podstaw dobrej woli, by mężnie trwać na dobrej drodze, wśród tego jakże zepsutego i złego świata. Modlę się za Was każdego dnia, a Wy nie ustawajcie w modlitwie za mnie, gdyż bardzo jej potrzebuję pośród tak wielu niebezpieczeństw. Tego roku wielokrotnie miałem wrażenie, jakby Pan już wzywał mnie do siebie. Pewnego razu byłem w bardzo wielkim niebezpieczeństwie, blisko utopienia się na pełnym morzu. Innym razem sądziłem już, że nadeszła moja ostatnia godzina, gdy prześladowany i złapany przez około stu pogan, zostałem pobity i okropnie znieważony.  Dwa miesiące temu ciężko zachorowałem na tyfus i gotowałem się już do robienia bilansu z mojego życia.  Od wielu już lat mam pewną chorobę gardła, która mi uniemożliwia głoszenie kazań i która prawdopodobnie jest nieuleczalna. Oto więc widzicie, jak to ludzkie słabości  spadają na nas jedna za drugą i że dobrze jest przygotować się zawczasu do wielkiego kroku w wieczność.
Jeśli mam pisać o naszą misję, to tego roku mieliśmy najbogatsze Boże błogosławieństwo: 5000 chrztów w jednym tylko roku! Czyż nie jest to piękne żniwo dusz, które wynagradza nam wszystkie nasze poświęcenia? Obecnie mamy tutaj straszne prześladowanie biednych chrześcijan: wielu zginęło z ręki pogan, wielu zostało ciężko rannych a tysiące zostało ograbionych ze wszystkiego, co posiadali i wyrzuconych ze swych domów, później w znacznej części zniszczonych. Ile jeszcze będą musieli wycierpieć ci biedni chrześcijanie? I nie wiadomo, kiedy skończy się to prześladowanie. Pomódlcie się czasami trochę, aby ci biedni chrześcijanie mieli łaskę wytrwania w wierze, nawet gdy trzeba wszystko stracić, a może i przelać krew ponosząc śmierć męczeńską, co byłoby najpiękniejszą ze wszystkich łask. Napiszcie do mnie czasami, wszystko, co odnosi się do każdego z Was bardzo mnie interesuje. Nie pozbawiajcie mnie tej radości i satysfakcji, która będzie pociechą pośród tych wielu zajęć. Pozdrawiam Was wszystkich jak prawdziwy, kochający Was całym sercem brat: proszę i błogosławię każdego z Was. Pozdrówcie również wszystkich naszych krewnych. Pozostaję w Najświętszym Sercu Jezusa.
Wasz Brat Giuseppe


65
Ojciec Józef stara się w tym liście zrobić krótkie podsumowanie dwudziestu pięciu lat działalności misji w Chinach. Radość z jakże wielkiej liczby ochrzczonych i katechumenów jest nieco przyćmiona przez kryzys wiary w Europie. „Całe Chiny przyjęłyby chrześcijaństwo, gdyby Europa była dzisiaj chrześcijańska!”

Yenfu, 23 stycznia 1907 roku

Najdroższa Elżbieto!

Otrzymałem Twój piękny list i przyjąłem go z tym większą radością, że upłynęły już niemal całe lata, w których nie otrzymałem nawet jednego słowa  od wszystkich moich drogich i nigdy nie zapomnianych rodaków. To już upłynęło trzydzieści lat odkąd wyjechałem do Chin a przez te trzydzieści lat wielu starszych wiekiem odeszło, zaś z młodzieży nie znam nikogo i tak człowiek staje się obcy  we własnym domu. Tych kilku moich przyjaciół i znajomych, którzy jeszcze mi zostali, noszę głęboko w sercu i byłbym niezmiernie szczęśliwy, gdybym mógł jeszcze w tym życiu ich zobaczyć. A to wydaje się raczej mało prawdopodobne, by nie powiedzieć wprost niemożliwe. Tak więc do zobaczenia w niebie!
Osiemnastego stycznia świętowaliśmy dwudziestą piątą rocznicę założenia tutejszej misji. 25 lat temu rozpoczęliśmy z jedynie 158 chrześcijanami a dziś mamy około 40 tysięcy ochrzczonych  i około 40 tysięcy przygotowujących się do chrztu. W sam dzień 18 stycznia ochrzciliśmy w mieście Yenfu 160 dorosłych. Pan rzeczywiście jest dobry. I tak dla nas, jak i dla naszych dobrodziejów w Europie jest to wielka pociecha. Chińczycy nie są nieprzyjaciółmi religii i gdyby Europa była dzisiaj chrześcijańska, jak mogłaby i powinna być, sądzę, że z pewnością całe Chiny stałyby się chrześcijańskie. Cóż byłby to za triumf Kościoła świętego! Niestety, wiatr wiejący od Europy jest bardzo zimny i zły, stąd można się obawiać, że biedni Chińczycy zostaną poganami i staną się nawet gorszymi od pogan. Trzeba bardzo się modlić, by Pan zlitował się nad tymi 400 tysiącami Chińczyków. Ich dusze warte są tyle ile nasze, droga Elżbieto. Staraj się pomagać, jak zawsze, Twoimi modlitwami tak, by zdobyć wiele dusz dla nieba. Bez pomocy modlitwy i ofiar z Europy nie możemy nic zrobić.
Pozdrów ode mnie tych wszystkich, którzy jeszcze mnie pamiętają, zwłaszcza tych z mojego domu oraz Twego brata i mojego chrześniaka Franciszka. Szczęśliwy – ma już kilkoro dzieci w niebie. A ponieważ w dzisiejszych czasach świat jest tak bardzo zły, móc iść do nieba to prawdziwa łaska. Z serdecznymi pozdrowieniami pozostaję Twoim krewnym

Freinademetz

66
Powołanie misyjne zobowiązuje, jak przypomina Józef, jest wielką odpowiedzialnością: „Im bardziej Pan nam błogosławi, tym bardziej należy pracować… ta odrobina naszej pracy jest niczym w porównaniu z tym, co dobry Bóg uczynił dla nas.” Jest i w tym liście wiele słów pociechy, które kieruje do chrześniaka Franciszka i jego żony, cierpiących z powodu utraty wszystkich swych dzieci.


Chiny, 14 lutego 1907 roku

Najdroższy mój Franciszku!

Widzę z jakże mi drogiego Twego listu, że nie zapomnieliście jeszcze o mnie. Jest to dla mnie wielką pociechą, zwłaszcza dowiadując się, że stale często modlicie się za mnie. I ja również nie zapomniałem o Was, mimo że z braku czasu nie mogę pisać do Was wielu długich listów. Kto jest misjonarzem, musi myśleć o wielu rzeczach, tak że często nie wie od czego zacząć i na czym skończyć. Roboty jest stale coraz więcej, jako że liczba chrześcijan i działań, jakie prowadzimy, zwiększa się z roku na rok. Im bardziej Pan nam błogosławi, tym bardziej należy pracować. Ta praca staje się przyjemnością i radością, gdy wiemy, że chodzi o zdobywanie dusz dla nieba. A ta odrobina naszej pracy jest niczym w porównaniu z tym, co dobry Bóg uczynił dla nas.
Czytając Twoje listy i listy Twojej siostry Elżbiety doznaję zawsze wielkiej pociechy. Widzę z nich, iż jesteście stale tymi duszami szczerymi, pełnymi wiary i Bożej bojaźni, jakich jeszcze wiele można znaleźć w Tyrolu, ale które stają się coraz rzadszymi w wielu innych krajach. Piszesz mi o tym, jak umarły wszystkie Twoje dzieci. Jest to dla Was bez wątpienia nie lekki krzyż. Według mego osądu jednak – wydaje mi się to wielką łaską, jaką Pan Wam czyni: wiedzieć, że Wasze stworzenia są wolne od niezliczonych, wielkich niebezpieczeństw tego świata i od potępienia wiecznego i że poleciały od razu do nieba, by być Waszymi opiekunami przy Bożym tronie. Cóż za wielka pociecha dla Was, którzy wiecie i rozumiecie jak bardzo złe są czasy, w których żyjemy. Naprawdę błogosławieni umarli, którzy umarli w Panu! I tym pragnę zakończyć, polecając się gorąco Waszym modlitwom i zapewniając Was o tym samym z mojej strony. Wiele pozdrowień dla Twojej drogiej żony i dla wszystkich, którzy pamiętają o mnie.
Twój ojciec chrzestny Giuseppe


67
List ten jest odpowiedzią pełną wdzięczności, na korespondencję otrzymaną od pewnej pani Marii z San Martino  di Badia. Józef, wspominając przeszłość przypomina chwile spędzone w tamtejszej wspólnocie, a jednocześnie czyni niejako podsumowanie swojej pracy misyjnej w Chinach.

13 grudnia 1907 roku
Najdroższa Mario!

Nareszcie udaje mi się wysłać odpowiedź na Twój, jakże mi drogi list z 20 maja bieżącego roku. Zapewniam Cię, droga Mario, że chyba żaden list, w ciągu tych trzydziestu lat nie przysporzył mi tyle radości, co ten Twój – pisany w imieniu wszystkich moich byłych uczniów sprzed 30 lat z San Martino! Ileż to razy, w przeciągu tych wielu lat, myślałem o tych dobrych synach i córkach. Ileż to razy mówiłem o nich naszym misjonarzom, jak i naszym drogim Chińczykom! Jak wielką pociechą dla mnie jest słyszeć, że pozostali dobrymi ludźmi do dnia dzisiejszego, że przez tych trzydzieści lat jeszcze nie zapomnieli o mnie, a wręcz przeciwnie – modlą się za mnie oni sami i ich dzieci, które nigdy niestety nie będzie mi dane poznać, chyba jedynie u góry, w niebie. Tysiąckrotne dzięki Bogu za to, że mi dał tę jakże piękną pociechę i dziękuję również Tobie, moja droga Mario, że wzięłaś do ręki pióro, by mi przekazać te pocieszające i ciekawe wiadomości o moich drogich uczniach, o których nigdy nie zapomniałem. Proszę wszystkich tysiąckrotnie pozdrowić i przekazać im, że modlę się za każdego z nich, tak jak obiecałem w czasie mojego ostatniego kazania w San Martino, kiedy to ze łzami w oczach, z mojej i z Waszej strony, pożegnałem się w szkole z moimi małymi przyjaciółmi.
Ile to czasu upłynęło od tego dnia… ile radości i ile krzyży na przestrzeni tych trzydziestu lat. Przybyłem statkiem do Chin w towarzystwie trzech innych misjonarzy, którzy już od dawna nie żyją. Pozostałem jedynie ja, mimo że wielokrotnie znajdowałem się w niebezpieczeństwie śmierci, a zwłaszcza gdy trzy czy cztery razy poganie próbowali mnie zabić. Pan zechciał mnie pozostawić aż dotąd. Słońce szybkimi krokami zbliża się ku zachodowi i zaczynają się zamieszki . Bóg dał nam wiele satysfakcji. Zaczęliśmy tutaj misję z 158 starymi chrześcijanami, a dziś mamy 40.000 ochrzczonych i 40.000 katechumenów, którzy przygotowują się do chrztu. W tym roku mogliśmy ochrzcić około 5 tysięcy dorosłych, nie licząc tysięcy pogańskich dzieci, które w niebezpieczeństwie śmierci chrzci się po kryjomu.
Naprawdę, droga Mario, piękne żniwo dusz i wielka pociecha pośród tak wielu trudności życia misyjnego. Doświadczamy tu tych najczystszych radości, o których w Europie się nie śni . Kilka dni temu umarła tu 18-letnia dziewczyna, sierota, która rzeczywiście była męczennicą dziewictwa: umarła cierpiąc długo męczeńsko i nie tracąc lilii dziewictwa.
Nasz biskup, który w tym roku wrócił do Europy, wybrał sobie jako współpracownika  kapłana Chińczyka, prawdziwy przykład dobrego kapłana, bardzo cnotliwego i nadzwyczaj zdolnego, który jest synem biednego pogańskiego rolnika, który 30 lat temu, podobnie jak cała jego rodzina, jeszcze nie wiedział o istnieniu Boga. Takie to są wspaniałości, które zdarzają się jedynie w naszej religii, a której dziećmi, dzięki Bogu, jesteśmy. Ileż pociech jest naszym udziałem! Gotów jestem oddać tysiąc razy moje życie , gdyby to było możliwe, byleby móc ją przybliżyć   tym biednym Chińczykom.
Droga Mario, módl się i spraw, by inni modlili się bardzo za biednych, pozbawionych łaski pogan. A czyż jest niemożliwe, by jedna czy druga z tych dobrych dusz z S. Martino albo z synów czy córek moich kochanych uczniów z tamtych lat, mogła przybyć do Chin w celu głoszenia świętej wiary? Od dwóch lat mamy tu Siostry ze Steylu, które czynią wiele dobra. Przyjedźcie i Wy, dobre dusze z S. Martino, by pracować razem dla zbawienia tych biednych pogan!
Muszę kończyć, bo zbliża się północ. Módl się za mnie, Mario. Pozdrów wszystkich moich dobrych uczniów, szczególnie ich synów i córki. Niech modlą się za mnie, bo ja każdego dnia modlę się za nich. Pozdrów właścicielkę Anvi  i wszystkich, wszystkich, których chciałbym wymienić po imieniu. Pozostawiam Was wszystkich, wszystkich w Najświętszym Sercu Jezusa, Waszego mistrza i przyjaciela

Giuseppe Freinademetz

68
„Ach, czemuż to nasza biedna Europa nie jest szczerze chrześcijańska! Gdyby była taką, wierzę, że całe Chiny, razem ze swymi 400 tysiącami mieszkańców stałyby się chrześcijańskie”. Ta smutna refleksja Jozefa, z ostatniego zachowanego listu do jego bliskich, przepojona jest przeświadczeniem o negatywnym wpływie złego przykładu, jaki dają Chińczykom obecni tam Europejczycy. To z ich powodu wielu pozostaje obojętnych a nawet wrogo nastawionych do chrześcijaństwa.


Chiny, 26 grudnia 1907 roku
Droga Elżbieto !

Otrzymawszy Twój jakże mi drogi list z 20 października, dziękuję Ci za niego i „na szybko” – bo bardo zajęty –odpisuję Ci krótko.
Tak więc droga Ela  umarła! Ta piękna dusza, czysta i prosta, jestem pewien, że otrzymała tam w górze piękną koronę chwały. Od razu odprawiłem za jej duszę Mszę świętą. Pan nie pozostawi jej bez bogatej nagrody za to wszystko, co uczyniła również i dla naszych biednych Chińczyków. Bardzo się zbudowałem, droga Elżbieto, widząc jak Ty sama starałaś się pomóc w nawracaniu tych biednych pogan, gromadząc piękną sumę 60 fiorinów! Cóż za piękny gest z Twojej strony i ze strony tych dobrych dusz, które zechciały pomóc w zebraniu tej pięknej ofiary. Dobry Bóg nie zapomni Was wynagrodzić za dobre serce swoimi bogactwami w niebie. Proszę Cię, droga Elżbieto, byś podziękowała w moim imieniu wszystkim tym dobrym dobroczyńcom; codziennie będę modlił się za nich…
Ach, czemuż to nasza biedna Europa nie jest szczerze chrześcijańska! Gdyby była taką, wierzę, że całe Chiny, razem ze swymi 400 tysiącami mieszkańców stałyby się chrześcijańskie. Zły przykład tych, co przybywają do Chin oraz to, co słyszą złego Chińczycy, którzy wyjeżdżają i wracają z Europy, sprawia, że są obojętni czy wręcz wrodzy wobec chrześcijaństwa. Ale mimo tego możemy chrzcić corocznie wiele tysięcy pogan, którzy się nawracają. Módlcie się wiele, droga Elżbieto, o nawrócenie biednych pogan, co jest na pewno jednym z głównych pragnień Najświętszego Serca Jezusa. Wybacz mi, proszę za dziś . Muszę kończyć. Nigdy przy ołtarzu nie zapomnę o Was! Módlcie się za mnie i za biednych Chińczyków, pogan i chrześcijan! Z całego serca pozdrawiam tych, którzy pamiętają o mnie.

Twój kochający krewny Giuseppe
Oprac. i tłum. o. Krzysztof Łukaszczyk SVD

Kontakt

Zgromadzenie Misyjne Służebnic Ducha Świętego
Congregatio Missionalis Servarum Spiritus Sancti (CM SSpS)
ul. Starowiejska 152,
47-400 Racibórz
tel. (0-32) 415-50-51, 415-98-09 Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Referat Powołaniowy Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Referat Misyjny Zgromadzenia Misyjnego Służebnic Ducha Świętego
ul. Starowiejska 152;
47 - 400 Racibórz
tel.32/415 95 84;
e-mail referat Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.: www.siostrymisyjne.pl
Konto Misyjne:
BGŻ 15 2030 0045 1110 0000 0061 7240 z dopiskiem "na cele Misyjne"

Intencje

wyslij